Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z portalu zgadzasz się na używanie cookies zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

Zgadzam się
Więcej informacji

legnica lubin jawor polkowice złotoryja chojnów
Data: 26 Październik 2014
Imieniny obchodzą:
Iwony, Sabiny, Wincentego
Bolków Chocianów Gaworzyce Grębocice Krotoszyce Kunice Legnickie Pole Męcinka Miłkowice Mściwojów Paszowice Pielgrzymka Prochowice Przemków Radwanice Rudna Ruja Ścinawa Świerzawa Wądroże Wielkie Zagrodno
pichla
lar, reklama, agencja, legnica
e-legnickie, Legnica, Lubin, Polkowice, Jawor, portal
zapytaj, prezydenta, Legnica
stenzel-chomiak
serwis
basen, chojnów
smykowakopalnia
złotoryja
Legnica
PUP, polkowice
Reklama Google separator separator
edbud, usługi, budowlane
Legnicki Żyd wspomina wojnę
czwartek, 15 listopada 2012 01:49

Getto w Łachwie, wojenną tułaczkę i powojenne czasy w Polsce wspomina legnicki Żyd Lejb Szklar, pochodzący z Polesia. Miałem 7 lat, kiedy w kwietniu na Pesach wszystkich Żydów z Łachwy i okolic zamknęli w getcie. Mnie i moich rodziców Bejłę i Sendera Szklarów także. Ludzie myśleli, że to na krótko. Brali ze sobą tylko macę zawiniętą w prześcieradła. Żeby niekoszernego chleba nie jeść i Boga nie obrażać. Żydzi wtedy byli bardzo religijni.

 

Wkrótce przyszedł głód. Matka nie tylko za chleb, ale i za słoninę życie ryzykowała. Wracała z plecami do krwi pociętymi nahajką, bo tak karano przyłapanych na wnoszeniu żywności.

Był rok 1942. Młodzi od początku zamknięcia kopali w pobliżu doły. Wtedy nie wiedzieli, że to dla starszych Żydów. Podczas likwidacji zakopano w nich także moją babkę. Razem z innymi wywieziono ją tam ciężarówkami i rozstrzelano.

Organizowało się podziemnie. Przyjmowali tylko kawalerów i panny, żeby w razie wpadki nie wzięli zakładników z rodziny. Broni nikt nie miał, widły, kamienie i tyle.

Podpalili getto

Na początku września Niemcy wypędzili wszystkich z domów. Pomagała im okoliczna szumowina i tutejsza policja. Getto zostało otoczone, a ludzi pakowano na samochody. Moją rodzinę także. W tym chaosie za murem zobaczyłem starych Żydów klęczących w kółko. Za chwilę zginęli od strzału w tył głowy. Rozpłakałem się. „Dlaczego on tak płacze?” – zapytał policjant. „W domu zostawił brata” – wymyśliła naprędce matka. Puścił nas po niego.

W tym czasie podziemie zaczęło podpalać domy i atakować Niemców. Ktoś przeciął drut kolczasty, to dało możliwość ucieczki. Tłum rzucił się w tamtą stronę, choć cały czas trwał ostrzał. Co chwilę ktoś padał, w biegu.

„Synu, żeby Bóg dał ci siłę w nogach” – powiedział ojciec. We trójkę też zaczęliśmy biec w tamtą stronę. Nagle znalazłem się pod kłębowiskiem ludzi: żywych i martwych. „Rwij!” – krzyknęła matka do ojca, widząc już tylko moją dłoń. Do końca życia wspominała tę sekundę. Wiedziała, że ojciec albo mnie uratuje, albo urwie mi rękę i zostanę pod ciałami.

Dokąd uciekać?

Przyroda u nas na Polesiu była piękna. Bujna roślinność, gęste bory, torfowiska, Do lasu dotarliśmy po zmroku. Ukryło się tam gromada ocalonych. Zapadła ciepła wrześniowa noc. Strzały ucichły. „Mamo, wracajmy do domu” – powiedziałem nieświadomy jak dziecko. „Synku, my już nie mamy domu...” – usłyszałem.

Kilka dni błąkaliśmy się po lasach. Ludzie się naradzali, co dalej. Partyzantka była jedynym ratunkiem. Ale gdzie dwóch Żydów, tam pięć zdań. Zaczęły się niesnaski i zazdrość, bo niektórym udało się ocalić rodzinę, a inni stracili wszystkich.

Część, zwłaszcza samotnych, nie chciała brać w drogę dzieci. Płaczem mogły sprowadzić śmierć. Pojawiła się propaganda, że trzeba je zabić, najlepiej utopić. Najbardziej naciskał taki Lopatin. Jednej nocy podczas kłótni rozlegało się chlupanie wody. Nie wiem, czy psychicznie słabsi nie wytrzymali, czy ktoś celowo wrzucał kamienie. Tych targów słuchałem przytulony do matki. Czułem się bezpiecznie. Byłem pewny, że przy niej nic złego mnie nie spotka.

W końcu zdecydowano, że dzieci zostaną żywe, a dorośli ruszą w drogę, kiedy one zasną. Ojciec zawsze wspominał, jak matka położyła mnie śpiącego po drzewem i zaczęła rwać włosy z głowy. „Od dzisiaj nie jestem twoją matką” - rozpaczała. Ludzie się zbuntowali. „Dzieci idą z nami i niech pierwsza kula dosięgnie tego, kto chce je zostawić” – przeklinano.

Rano grupami ruszyli w drogę. Za jakiś czas nadleciał samolot. Ostrzeliwał uciekających. Najpierw trafił człowieka, który domagał się pozostawienia dzieci. Wszyscy byli pewni, że to wyrok Boży. Wiara w Żydach była wtedy potężna.

Niemcy i policjanci ścigali ocalałych po lasach. Trzeba się było ostrożnie poruszać, nie wydeptywać ścieżek. Wówczas zginęła moja ciotka Hawa Słucka. Dowiedzieliśmy się o tym po wojnie od Polaków z okolicy. Błagała żandarma, żeby jej nie zabijał, że sama się utopi. Wskoczyła od rzeki. Zastrzelił ją, kiedy była w wodzie.

Rok wędrówki

Szliśmy głównie nocami przez lasy, bezdroża. Polska partyzantka cały czas miała nas na oku. Wywiad działał, wiedzieli, do której wsi mogą wejść Niemcy. Ale nie ufaliśmy partyzantom, nie wiedzieliśmy, co nas może od nich spotkać. Ludzie w marszu się rozdzielali, za jakiś czas znowu łączyli.

Przemierzyliśmy prawie całą dzisiejszą Białoruś. Spotykaliśmy dobrych ludzi, serdecznych. Dzielili się, czym mieli. Zapraszali do stołu. Niektórzy przez jakiś czas dawali schronienie. Inni tylko wynosili żywność. Bali się. Kara za ukrywanie Żydów była jedna.

Latem 1943 roku dotarliśmy pod Słuck. Zdaje się, że miejscowość nazywała się Zachalie. W lasach znajdowało się serce białoruskiej partyzantki. Mieli lotnisko, krowy, konie, byli samowystarczalni. Do 1944 roku Niemiec nie stanął w tej okolicy.

Ojciec chciał się przyłączyć do partyzantki, ale go nie wzięli. „Będziesz miał broń, weźmiemy” – tłumaczyli. Ale skąd było wziąć broń? Była cenniejsza niż złoto.

Zostaliśmy więc w pobliskiej wsi. Ojca wzięli za rzeźnika. Matka okazała talenty krawieckie i jak przed wojną zarabiała szyciem. Płótno pochodziło ze spadochronów, które wraz ze zrzutami docierały z wolnej ziemi. Ja rozkręcałem sznury, na nici. I tak się pracowało na chleb. Pieniędzy nie było w obiegu. Partyzanci czasem płacili granatami i nabojami. To zbliżało do partyzantki.

Wizyta Ponomarienki

Któregoś dnia zawitał tu główny dowódca białoruskiej partyzantki. Zapamiętałem, że nazywał się Ponomarienko. Zajechał na białym koniu z 20-osobową świtą. Dostać się do niego to był cud. Ale matka wtedy była już twardą kobietą. Udało się jej do niego dotrzeć. „W czom dieło?” – zapytał Ponomarienko, kiedy przed nim stanęła. No to matka skarżyła, że ojca do partyzantki nie chcą przyjąć, bo nie ma broni, ale skąd ma wziąć, przecież sklepów nie ma. „No to niech zdobędzie” – zdecydował Ponomarienko o rozkazał zabrać ojca na najbliższą akcję.

Wrócił z niej z karabinem. Wtedy przyjęli go do oddziału „Sićko” 121 brygady Bragina. Był tam jedynym Żydem. Za jakiś czas żyliśmy już we troje w partyzanckiej osadzie w lesie. Pasłem krowy, kroiłem machorkę.

W 1944 r. dotarli tu Niemcy. Ciężko się zrobiło i w partyzantce, żołnierze musieli uciekać. Wtedy już tylko z matką ukrywałem się na bagnach. Naloty były częste. Kiedy strzelali, matka przykrywała nas kocem, żeby nie było widać śmierci. Na plecach nosiło się zapas wodę i czarne suchary. Kiedyś podczas nalotu matka nakryła mnie swoim ciałem. Nagle słyszę jej krzyk. Odłamek szczęśliwie zatrzymał się na twardym chlebie. To miała być wróżba, że jesteśmy zapisani na życie. Taka jak na żydowski nowy rok, kiedy Bóg ma rozdzielać, kto przeżyje, a kto umrze.

W 1944 r. ojca powołali do Armii Czerwonej. Miał iść na Berlin. Poszliśmy go pożegnać. Po drodze, widzimy, jak żołnierze studebackerem wiozą słoninę i cukier dla wojska. Zatrzymaliśmy samochód, bo do Lubania było daleko. Wsiadamy, a matka mówi: „Furmanka dobra, byle bezpiecznie dojechać”. Jeszcze nie skończyła, a już wylecieliśmy w powietrze. Auto wpadło na minę.

Kiedy otworzyłem oczy, wszyscy leżeli i jęczeli. Ja miałem na sobie gruby kożuch, podziałał jak amortyzator. Pobiegłem kilkadziesiąt kilometrów, do miasteczka po pomoc. Załatwiłem konie i padłem jak nieżywy. Trzy miesiące z matką przeleżeliśmy w szpitalu. Ona miała pogruchotaną miednicę. Potem już do końca życia utykała.

Ojciec po wypadku jeszcze kilka razy nas odwiedzał. Przynosił mleko od ludzi. Jak nie dali po dobremu, to pod karabinem musieli.

Ze szpitala wyszliśmy bez zdrowia i sił do roboty. Ojciec wrócił dopiero w 1946 r. Zatrzymali go przy zbrodniarzach wojennych, bo rozumiał niemiecki i tłumaczył. Tam mało kto znał ten język. Jak wrócił, mówił nam, że nie tłumaczył dokładnie, tylko od siebie dodawał. Za to wszystko, co zrobili.

Ostatni repatrianci

Rodzice zaraz załatwili dokumenty, żeby wracać do Polski. Jak już je mieli, usiedli na walizkach i pomyśleli: dom spalony, w Łachwie żaden Żyd już nie mieszka; gdzie wracać? „Wierzę, że jeszcze kiedyś wrócimy do Polski” – powiedział ojciec. I z tą wiarą do ostatniego transportu w 1959 roku rodzice przetrwali.

Mieszkaliśmy w Baranowiczach w domu po Polakach. Razem z ciotka Idą Słucką, która akurat tuż przed wojną do wuja do Rosji pojechała i tam udało jej się przetrwać. Teraz się odnalazła.

Matka była prostą Żydówka, ale miała jakąś kulturę w sobie. Do Polski ją ciągnęło, nie podobały jej się tutejsze maniery. Wciąż mi opowiadała, jaki Polacy to kulturalny i inteligentny naród. Wspominała aptekarza z Łachwy, naszego sąsiada, który wciąż pijał herbatę. Ale ja wtedy byłem już zajęty komsomołem, partią, dziewczynami.

Zostałem sekretarzem organizacji komsomolskiej. Pracowałem jako mechanik maszyn do szycia. Potem w Hor-Promkombinacie pracą ośmiuset szwaczek kierowałem Innego świata nie znałem.

Rodzice nie zatrzymywali. Obawiali się zaszkodzić i mnie, i sobie, chyba się mnie bali. Przecież za wzór stawiano Pawkę Morozowa. Jasne, próbowali mnie wychowywać, ale nie politycznie. To się mogło źle skończyć. Musiałem spać, żeby ojciec zaczął Wolnej Europy słuchał. Gdy chcieli coś ukryć, rozmawiali ze sobą po polsku. Zależał im, żeby mnie do dobrego brzegu doprowadzić. Zrobiłem maturę, wtedy zdecydowali, że wracamy do Polski.

Wiedziało się, że w Legnicy są Rosjanie i zgodziłem się pojechać. Przez kilka miesięcy mieszkaliśmy w punkcie w Dobroszycach pod Wrocławiem. Nie mogliśmy się zdecydować, co robić. Byłem rozczarowany. Tam już kołchozy, traktory, mechanizacja. Tu rolnicy koniem orali pola. „Ja tej Polski nie poznaję” – mawiała matka.

Uczyłem w samochodówce

Miałem maturę. Zaproponowali mi, żebym uczył rosyjskiego. Ale jak uczyć rosyjskiego, kiedy się nie zna polskiego. Zamieszkaliśmy w Legnicy. Szkoliłem się na kursach ORT. Organizacja dokształcająca Żydów pomogła mi zdobyć zawód tokarza. Wtedy obracałem się wyłącznie w środowisku żydowskim i rosyjskim. Teatr Letni, Dom Oficera, sklepy. Żydów było tu cztery tysiące.

Kiedy miałem 24 lata, odciąłem się od polityki, nie należałem do partii. Od nowa zacząłem się uczyć w szkole elektroenergetycznej, szlifowałem polski, skończyłem technikum samochodowe. Chciałem poznać polskie maszyny, były inne. Pracowałem wtedy Przedsiębiorstwie Geologicznym jako tokarz.

W Legnicy poznałem żonę, jej rodzice też przyjechali ze Wschodu. Zamieszkaliśmy z moimi rodzicami, jak jedna rodzina. Wspólne rachunki, wspólne pieniądze. Urodziły się nam córki: Rachela i Sara.

W 1972 roku dyrektor Gołąbek zatrudnił mnie jako głównego mechanika w samochodówce. Powoli zdobywałem wyższe wykształcenie. Zostałem nauczycielem. Z młodzieżą wyjeżdżaliśmy na OHP-y. Oddałem się szkole i warsztatom.

Leon, nie o ciebie idzie

W 1968 roku czuło się napięcie. „Widzisz, teraz miałbyś kłopoty” mówiłem sekretarzowi, który namawiał mnie do patii. „Leon, to nie o takich jak ty chodzi” – klepał mnie po plecach. Byłem zwykłym tokarzem. Z Legnicy do Izraela wyjeżdżali wiceprezydent miasta, prokurator, dyrektor Hanki, ludzie na stanowiskach. Wtedy robili to z musu, nie z patriotyzmu. Bali się, że powtórzą się Kielce. Od 68 do 89 to było takie uderzenie w narodowość żydowską i jej organizacje, że człowiek siedział i drżał jak listek na drzewie. Choć bezpośrednio żadnej krzywdy od nikogo z Polaków nie doznałem. Nawet mnie doceniano i odznaczano za pracę.

Nie wyjechałem do Izraela, bo nie odważyłem się wziąć na siebie takiego ciężaru. Miałem dwoje dzieci, rodziców moich i żony. Oboje byliśmy jedynakami.

Nigdy nie ukrywałem, że jestem Żydem i za to mnie ludzie szanują. Ile można żyć w podziemiu? Zostawiłem żydowskie imię Lejb. W tradycji wychowałem moje dzieci. Córki miały miłych kolegów, do dziś kłaniają mi się na ulicy. Ale chciałem, by poślubiły Żydów. Żeby wnuki pomiędzy dziadkami nie były rozdzierane. Nie zatrzymywałem ich, kiedy wyjeżdżały do Izraela.

Dziś obie ułożyły sobie tam życie. Mają mężów – Żydów z Mołdawii. Utrzymują kontakt z ziomkostwem z Łachwy. Prezes Jakub Bukczyn pomagał Racheli się tam urządzić.

----------------------------------------------------------------------------------------------

GETTO WALCZĄCE

Oddziały niemieckie wkroczyły do Łachwy w 1941 r. Zarządcą Judenratu (rady żydowskie tworzone z rozkazu Niemców) był lider syjonistyczny Dow Lopatin. Getto utworzono 1 kwietnia 1942 r. 2350 osób zakwaterowano w 45 małych domach.

30 młodych Żydów utworzyło podziemie. Mieli jedynie białą broń. Przywódcą był Icchak Rokchin. We wrześniu Niemcy otoczyli getto. Kiedy do niego wkroczyli, musieli stoczyć walkę z mieszkańcami. Lopatin podpalił dom Judenratu, a inni resztę getta. Zabito 6 niemieckich i 6 białoruskich policjantów. W walce zginęło ok. 700 Żydów, ok. 600 osób uciekło. 120 Żydów na bagnach Gryczynu utworzyło partyzancki oddział, inni przyłączyli się do już istniejących. Getto w Łachwie było pierwszym gettem podczas II wojny, w którym zorganizowano powstanie zbrojne. (Źródło: Wikipedia)

 

ON DAWAŁ KLUCZE

Pantelejmon Kondratowicz Ponomarienko – generał-porucznik Armii Czerwonej, polityk radziecki, ambasador ZSRR w Polsce. W latach 1938-1947 pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Białorusi. W okresie 1941-1944 kierował z Moskwy ruchem partyzanckim na Białorusi. Z jego rozkazu białoruska partyzantka zwalczała polskie podziemie. To on przekazywał polskim władzom klucze do daru społeczeństwa radzieckiego - Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. (Źródło: Wikipedia)

Udostępnij
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama


Pomagamy:

pomoc

Sonda

Kto powinien zostać prezydentem Legnicy?

Kto powinien zostać prezydentem Legnicy?

Jarosław Rabczenko
Tadeusz Krzakowski
Wacław Szetelnicki
Jacek Bondarewicz
Tymoteusz Myrda
1 możliwych do oddania głosów

Ostatnie komentarze